Jest taki moment, o którym mało kto mówi wprost.
Nie jest spektakularny.
Nie jest „instagramowy”.
Nie ma w nim ani ulgi, ani jasności.
To moment zawieszenia.
Są rzeczy, które słyszę na sesjach od lat. Jedno zdanie pojawia się wyjątkowo często:
„Nie wiem, co dalej. Czuję pustkę.”
Albo: „Jestem już taka zmęczona tym, stoję w miejscu.”
I za każdym razem wiem, że kobieta, która je mówi, jest w jednym z ważniejszych
momentów swojego życia.
Chcę Ci dziś powiedzieć o tym momencie coś, co rzadko się słyszy.
To nie jest moment, w którym coś poszło nie tak. To jest moment, w którym coś się kończy
na tyle poważnie, że Twój wewnętrzny system – psychika, ciało, wszystko naraz – przestał
udawać, że jest w porządku.
Stara praca, stary związek, stara wersja siebie – cokolwiek to jest – już nie wróci. I jakaś
część Ciebie to wie. Tylko że to nowe jeszcze nie istnieje.
I właśnie w tej szczelinie, pomiędzy starym a nowym, jest przestrzeń, roboczo nazywana
przeze mnie zawieszeniem.
Z zewnątrz wygląda jak stagnacja. W środku to jest coś zupełnie innego.
Pracuję jako terapeutka integralna i coach. To podejście oznacza, że nie patrzę na to, co
się dzieje w głowie, osobno od tego, co dzieje się w ciele, w relacjach i w codziennych
wyborach. Wszystko jest ze sobą połączone. I moment zawieszenia to jeden z tych
momentów, kiedy to połączenie widać wyjątkowo wyraźnie.
Bo zawieszenie rzadko jest tylko myślą. Ono również jest w ciele.
W tym, że rano trudniej wstać.
Że rzeczy, które kiedyś dawały energię, teraz są obojętne.
Że gdzieś głęboko czujesz, że coś się skończyło – zanim jeszcze rozumiesz co i dlaczego.
To nie są objawy kryzysu. To są sygnały zmiany.
W historiach klientek wyraźnie widać, że teoria pokrywa się z rzeczywistością, czyli
kobiety, które przez czas zawieszenia próbują działać na siłę – podejmować decyzje,
zapełniać kalendarz, wchodzić w nowe pasje albo relacje, żeby tylko nie siedzieć w ciszy –
wracają do mnie kilka tygodni lub miesięcy później. W tym samym miejscu. Tylko że
bardziej zmęczone.
Bo zawieszenia nie da się obejść. Można je tylko przejść.

Jeśli jesteś teraz w tym miejscu

Zamiast szukać od razu odpowiedzi, nazwij uczciwie, co już się naprawdę skończyło.

Pamiętam klientkę, która powiedziała mi wprost, z wyraźną irytacją:
„Ale przecież nie mogę tak po prostu siedzieć i czekać. Mam dzieci, mam pracę, mam
zobowiązania. Muszę coś robić.”
Odpowiedziałam jej to, co mówię teraz Tobie:
Ten moment nie jest po to, żebyś nic nie robiła.
On jest po to, żebyś przestała robić rzeczy, które już dawno nie są Twoje – tylko
przyzwyczajenie trzymało Cię przy nich.
W psychologii ten etap był opisywany różnie: fazą liminalną, przestrzenią pomiędzy,
etapem żałoby – po starej sobie, po tym, jak miało być, po wizji życia, które się nie
wydarzyło.
Żałoba po czymś, co nigdy się nie wydarzyło, bywa zresztą najtrudniejsza – bo nie ma
symbolicznego „grobu”, przy którym można stanąć. Jest tylko pewne, ciche odczucie, że
tamta droga się zamknęła.
Możesz nazywać to jak chcesz. Ważne jest to, co czujesz w ciele, kiedy o tym myślisz.
Ciężar, obcość, dystans albo dziwna pustka.
To jest dokładnie właściwe miejsce do bycia w tym momencie.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się mówi w kontekście zawieszenia: ono ma swój
rytm. I ten rytm jest indywidualny.
Jedna kobieta potrzebuje tygodni, inna – miesięcy. I żadne z tych temp nie jest złe.
To, co sprawia, że zawieszenie trwa dłużej, niż potrzeba, to zwykle nie brak działania – to
brak zgody na to, że się jest właśnie tu.
Opór przed odczuwaniem zawieszenia, odcięcie od emocji i sygnałów z ciała przedłuża je
jeszcze bardziej.
Więc kiedy widzę kobietę, która w końcu przestaje walczyć z tym momentem i pozwala
sobie po prostu w nim być, to wiem, że coś w niej zaczyna się zmieniać.
Nie zawsze od razu czy spektakularnie.
Ale ruch zaczyna być widoczny, a przede wszystkim odczuwalny.
Kilka miesięcy temu jedna z klientek, z którą pracowałam przez dłuższy czas, na kolejnym
spotkaniu powiedziała:
„Pamiętasz, jak mówiłam, że czuję się zawieszona i że to nie do zniesienia? Teraz wiem,
czego chcę. Nie wiem, skąd to się wzięło, po prostu pewnego ranka było jasne.”
Bo wyjście z zawieszenia rzadko wygląda spektakularnie.

Nie ma fanfar, konfetti i baloników z helem.
Jest raczej takie ciche przebudzenie – coś odpuszcza, coś się układa, zaczynasz widzieć
coś zupełnie inaczej i nagle wiesz.
Nie dlatego, że wymyśliłaś odpowiedź.
Dlatego, że dałaś sobie czas, żeby stara wersja siebie przestała zagłuszać nową.
I tu chcę Ci powiedzieć coś ważnego.
Wiele z nas nieświadomie zakłada, że zawieszenie zdarza się tylko wtedy, kiedy coś idzie
nie tak. Kiedy jest trudno, kiedy boli, kiedy życie się sypie.
Tymczasem przyszła do mnie kiedyś klientka, która od kilku miesięcy planowała przejście
na wymarzoną emeryturę.
Wiedziała dokładnie, co będzie robiła. Miała plany, miała wolność, miała w końcu czas dla
siebie.
Pierwszych kilka tygodni było dokładnie takich, jak sobie wyobrażała – lekkich, radosnych,
pełnych oddechu.
A potem przyszło coś, czego się nie spodziewała.
„Nie wiem, co mi jest” – powiedziała.
„Przecież tego chciałam. A jest jakoś dziwnie. Inaczej. I tęsknię – sama nie wiem za czym.
Za rytmem? Za ludźmi? Za sobą sprzed emerytury?”
Tutaj też pojawił się moment zawieszenia.
Mimo że zmiana była wymarzona, wyczekana, zaplanowana. I prawdziwa.
Bo każde wejście w nowe życie – nawet to długo planowane, nawet to upragnione –
wymaga pożegnania ze starym, zamknięcia za sobą drzwi.
I to pożegnanie ma swój moment.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *